Dotyk Anioła #4

to-old-lantern-1413132_1920

CZASAMI SAMI NIE WIEMY JAK WIELE MAMY WOKÓŁ SIEBIE SZUKAJĄC CZEGOŚ CO JEST DLA NAS ZATOPIONĄ ATLANTYDĄ I ZAWSZE TAKĄ POZOSTANIE…

Rano budzi mnie słońce. Pogoda dziś jest naprawdę piękna, aż chcę się żyć. Zaczynam rozmyślać o moim „Dotyku Anioła”, po czym szybko wytrąca mnie myśl o dotyku tego mężczyzny z wczoraj. Cieszę się, że przynajmniej nie zdołał mi zrobić krzywdy. Dobrze, że w porę ktoś się zjawił i mnie uratował… Cały czas mam ten widok przed oczami.

Długo myślę o tej podłej sytuacji, którą przeżyłam po czym uświadamiam sobie, że nic od dawna nie zjadłam i pora czegoś poszukać. Postanawiam udać się na zielony skwer do koszy, a przy okazji zajrzeć do mężczyzny, który tak mi zapadł w pamięć.

Z kosza udaję mi się wydostać cały zestaw z McDonald’sa, o dziwo jest naprawdę nienaruszony. To jest ogromne szczęście, takiej uczty nie miałam już naprawdę dawno. Pochłaniam wszystko bardzo szybko. W końcu najadłam się do syta. Teraz nadszedł czas na najlepsze.

Zajmuję moje miejsce najbardziej dogodne dla mnie i wierzę, że  ten widok będzie ulgą dla mojego ciała i duszy. Obserwuję ludzi siedzących na zewnątrz restauracji przy drewnianych stolikach, są tacy radośni i najedzeni zawsze, a nie to co ja…

Wyczekuje upragnionego widoku. Czekam długo i nic. Dlaczego nikt nie może nowy przyjść do stolika znajdującego się na zewnątrz żeby on mógł wyjść i obsłużyć… Powoli tracę cierpliwość i przebiegają mi różne głupie myśli żeby samej tam usiąść, a on wtedy przyjdzie do mnie. Szybko rozwiewam te wyobrażenia, bo pewnie przepędziłby mnie równie szybko co wszyscy. Zresztą jak ja wyglądam w tych rzeczach i skąd niby mam wziąć nowe, by wyglądać jak człowiek? Tak to będzie moje zadanie: znaleźć coś fajnego, coś co pewnie najszybciej znajdę w koszu, bo tylko na to mnie stać… Z mojego zamysłu wybija mnie ten boski mężczyzna, w końcu wyszedł. Jest ubrany tak samo jak wczoraj, pewnie to jest jego uniform. Uśmiecha się do klientów. Ile bym dała żeby do mnie się tak uśmiechną. Zanim mnie zobaczy kiedykolwiek muszę doprowadzić się do ładu, bo na razie to go tylko odstraszę. Przyjdę tutaj wieczorem ale jeżeli znajdę coś efektownego, bo jak nie, to wtedy odpuszczam do tej pory aż znajdę sensowny ciuch.

Zaczynam szukać i nie ma to żadnych efektów, zastanawiam się, gdzie najczęściej można znaleźć jakieś ubrania i nagle w głowie odkrywa mi się pewne miejsce.

-przecież wiem!

Blisko mojego legowiska… tam jest mnóstwo worków z ubraniami ale najczęściej są one jeszcze w gorszym stanie niż te co mam na sobie. Muszę coś do jutra znaleźć, tylko że jest problem taki, że akurat w tym miejscu kręci się mnóstwo podobnych osób do mnie, szukających coś dla siebie, ale dam radę. Gdybym do tej pory jakimś sposobem wszystkiego nie zdobywała, to nie miałabym nic! Jeżeli ma się takie życie, to trzeba być zaradnym.

Docieram na miejsce, tak jak myślałam kręci się tu parę nieprzyjaznych twarzy ale znam je, a one mnie. W sumie razem się wychowywaliśmy. Diego i Jack są w zasadzie niewiele ode mnie starsi i wiem, że nie zrobią mi krzywdy. Gdyż zawsze u nas broni się swoich. Diego wydał z siebie głos:

-O proszę kogo tutaj mamy. Lisa jak miło Cię widzieć. Jesteś rzadkim gościem, albo bardzo lubisz się chować.

Nic się nie odzywam. Zaczynam przewalać worki. W końcu i Jack się odezwał:

-Diego przecież wiesz, że to niemowa. Po co się odzywasz?

-Ale popatrz się Jack jak nasza Lisa się wyrobiła.

W tym momencie przeszły mnie ciarki i popatrzyłam się na nich wielkimi oczami na co oni zaczęli się śmiać. Diego mrukną:

-Lisa nie zrobimy Ci krzywdy nie ruszamy swoich.

Zaczęłam zastanawiać się czy już brać nogi za pas czy jeszcze nie ale postanowiłam zostać.

Zostałam w końcu sama, Diego i Jack gdzieś sobie poszli. Siedzę tu chyba już z pół dnia. Słońce zaczyna powoli zachodzić, a ja wciąż nic nie znalazłam. Tracę nadzieję, został mi jeszcze jeden worek, a zarazem ostatni, rozrywam go. Za oczy łapię mnie granatowa sukienka w beżowe kwiatki, jest naprawdę śliczna. Rozglądam się wokół siebie czy nikt nie idzie, czy nikogo nie ma w polu mojego widzenia i szybko rozbieram się nakładając ją na siebie. Leży idealnie i przede wszystkim przykrywa mój siniak na ramieniu, którego nabawiłam się na plaży, gdy uciekałam. Sukienka jest przed kolano i ma krótki rękawek z delikatnym dekoltem, który wykończony jest pośrodku guziczkami. Nakładam na siebie płaszcz i biorę rozebrane przez siebie rzeczy do ręki. Sukienka eksponuje jeszcze bardziej moją chudość i to, że skórę mam naciągniętą na kości ale cóż się dziwić skoro prawie nic nie jem.